Studniówkowe szaleństwo a „photography”…

Nagle, po pięciu minutach dzwoni dobry znajomy. Ciskając w moim kierunku wszelkie wulgaryzmy pyta, co za gówno mu podesłałem. Uświadomił mnie, że ten szanowny pan jest szefem największego zakładu fotograficznego i zatrudnia kilku fachowców. Gdy pokazałem mu link, gdzie widać jego studniówkowe wyczyny, po prostu poczuł się zniesmaczony i stracił wiarę w to, co naprawdę piękne na zdjęciach.

Obejrzałem już tysiące studniówkowych zdjęć. Gdy patrzę na popisy tych niby bardzo ważnych ludzi, którzy tylko się za takich uważają, jestem strasznie poruszony. Swoje kolekcje podpisują „photography”. Dysponują sprzętem z najwyższej półki, na pewno dziesięciokrotnie droższym od mojego. Kasują kilkanaście razy większą gażę niż ja, jaka w zupełności wystarczyłaby na pokrycie jakiejś części raty milionowego kredytu.

Ale mniejsza o to, że jest „photography” i na plecach ma wydrukowaną reklamę własnego studia. Jego aparat jest warty więcej niż mój samochód i tak dalej. Można by wymieniać w nieskończoność… Tylko co ze zdjęciami? Już po pięciu fotografiach dostaję palpitacje serca zastanawiając się, co za pierdoła to robiła.

Wiele osób z różnych klas wysłało do mnie zapytanie czy przypadkiem nie mam jakichś zdjęć z ich imprezy. Z przykrością muszę stwierdzić, że robiąc fotki swoim kalkulatorem zrobiłem ciekawsze ujęcia niż ważniak, który mnie przegania z tła sugerując jednocześnie, że to chroni jego prawa autorskie. Ja nie stawiałem na ilość. Inni wykonali kilka tysięcy zdjęć, z czego ponad 80% była na tyle nieostra, że trudno doszukać się w zarysie gdzie są oczy, a gdzie nos. Postawiłem na artystyczny przekaz oraz jakość, dając wrażenie, że te studniówkowe zdjęcia jednak żyją…

Mam świadomość, że nie wszystkim się spodobają. Nie wszystko byłem w stanie pięknie uchwycić, bo jednak technika mnie ogranicza. Do tego także logistyka, ponieważ ktoś mógł siedzieć przy innym stoliku obcej klasy, ale widzę, że z roku na rok jest coraz gorzej z branżą foto-video. To nie jest niczyja wina, że wybrali takiego fotografa, bo akurat miał świetne portfolio. Nie są winni też ci, którzy go polecili, ponieważ mieli dobre intencje. Sprawa jest prosta. Większość „zawodowców” najzwyczajniej spierdoliła robotę. Jak to się stało? Czyste lenistwo? Pewność siebie i przekonanie, że sprzęt nadrobi jego zaległości?

Jestem otwarty na nowe wyzwania, nowych ludzi. Ba! Jak widzę, że trzeba pomóc, to pomagam. Po prostu lubię dzielić się swoją wiedzą, ale jak ktoś się wbija przed mój obiektyw, nie pytając i nie witając macha mi przed nosem złotym aparatem z napisem Leica, czerwonymi opaskami na obiektywach jaśniejszych, niż epicentrum wybuchu wulkanu. Kiedy lekko sugeruję na temat sposobu ustawienia światła, a w zamian słyszę podziękowanie typu „nie wpierdalaj się w nie swoje sprawy”… Cóż, sprzęt nie nadrobi zaległości z braku umiejętności.

Ja mam odwagę powiedzieć, że jestem amatorem i żaden ze mnie zawodowiec, ani artysta. Do tego dużo łez, potu i krwi mnie czeka, nim ktoś zauważy oraz doceni moje starania. W tym miejscu zacytuję słowa kolegi Pawła Staszaka: „Pozostań skromnym, ale pewnym. Bo artystą się bywa i to wtedy, gdy tak cię nazwą, a nie gdy sądzisz, że tak jest, kiedy nawet ty sam boisz się to głośno powiedzieć.”. Pytanie czy ty masz taką odwagę?
 

Studniówkowe szaleństwo

Autor: Luc Chives

Wybredny i wredny pasjonat fotografii, miłośnik otaczającego piękna malowanego światłem, lubiący uchwycić emocjonujące chwile. A także podróżnik i miłośnik urbex'u. Nie są mu obce koncerty, festiwale, mroczne, opuszczone miejsca i zagraniczne wojaże, które mają coś wspólnego z ciekawą, zapomnianą historią...

Udostępnij ten post