Narodziny mojej pasji

Z niecierpliwością oczekiwałem ojca, kiedy przyniesie ze szkoły swój stary, ciężki aparat Zenita. Wiedziałem, że przez wizjer o zielonym zabarwieniu i ciemnej matówce mogłem zobaczyć zupełnie nieznany, wąski świat, który nagle zostawał zamrożony przez jeden przycisk spustu migawki.

Ilekroć wchodziłem do pokoju, rzucały mi się w oczy wiszące na sznurkach zdjęcia w trakcie procesu suszenia. Umocowane za pomocą klamerek do ubrań. Pamiętam pomarańczowe światło sprawiając wrażenie, że tutaj czas nie pędzi, a właściwie spowalnia, a niekiedy nawet stoi gdy oglądamy efekty swoich uwiecznionych prac.

Rzutnik i tysiące czarno-białych zdjęć sprawiło, że już jako sześciolatek dostałem swój wymarzony, pierwszy aparat. Mając we krwi cechy ciekawskiego odkrywcy, po prostu rozebrałem go na części pierwsze, interesując się jak to cudo działa i co właściwie ma w środku.

IMG_2014_04_02_12_42_47_7913w

Dzięki ojcu poznałem co to znaczy zapach wywołaczy, ciemność w trakcie ustawiania rzutnika. Podziwiałem z nim światło czarno-białych klisz z ciekawością, że może poznam coś nowego. Właśnie tak narodziła się moja wielka miłość, a właściwie pasja do fotografii.

Przez wiele lat zazdrościłem, jak inni robili wspaniałe zdjęcia, a ja starałem się od kogoś pożyczyć aparat, byleby mieć taką możliwość. Złapać ciekawe momenty, nawet będąc w towarzystwie. Kupując swoją pierwszą, analogową lustrzankę minoltę, zacząłem rejestrować swoją podróż. Ktoś ładnie nazwał mój aparat: „czerwona cegła? Toć to kupa gruzu”.
Zaczęło się. Nieskończone imprezy integracyjne z dawnymi znajomymi, Przystanek Woodstock, Union of Rock czy nawet Ostróda Reggae Festiwal. Może ciężko w to uwierzyć, ale wydawałem ostatnie grosze, żeby wywołać zdjęcia, bez względu na to czy miały kolor, czy były nieostre, czy każda pojedyncza sztuka kosztowała dwa złote. Ważne, że był papier.

Mając już pierwszą cyfrową lustrzankę CANON, zrobiłem bardzo odważny krok do przodu. Gdziekolwiek jeździłem, robiłem mnóstwo ujęć. Wycieczki szkolne, rodzinne, sylwester wśród znajomych. Zawsze była okazja, żeby zrobić bzdurne zdjęcia. Takie zajęcie miało swoje duże plusy, a przede wszystkim zmuszało mnie do większej intensywności działania i odczuwania podczas podróżowania oraz spacerów, jednym słowem zdrowiej się żyło. I to były czasy, gdzie papierowym odbitkom powiedziałem „papa”.

Mijały lata. Od 2007 roku zająłem się sesjami portretowymi, plenerowymi, aż do ślubnych ujęć, ale niestety, coraz bardziej oddając się pracy zaniedbałem swoją pasję fotografowania. Wówczas pracowałem bez wytchnienia od samego rana aż do wieczora. Pomagałem komuś innemu, bo nie wypada odmawiać. Robiłem wszystko. Jako złota rączka podejmowałem dodatkową robotę mechanika, naprawiając samochody.

Ten rok będzie dla mnie szczególnym, ale być może ostatnim, kiedy po prostu spróbuję zrobić więcej niż kiedyś, więcej niż sobie na to pozwoliłem. Nie skończyłem żadnej szkoły fotograficznej, ale miałem przyjemność wysłuchać rad znanych, szanujących kolegów w tej branży. Nie mam szczęścia w czerpaniu finansowych korzyści i mimo, że wykonałem miliony zdjęć, to nie zarabiam na zdjęciach jak inni, którzy za drobne ujęcia zgarniają nawet kilkanaście tysięcy w ciągu roku, ale nie o to chodzi. Wiele osób zadaje mi bardzo proste pytanie, po co to robię?

Fotografia to moja pasja. Moja miłość do uwieczniania tego, co wydaje się dla mnie piękne. Nie sposób wyrazić uczucie gdy światło pada przez obiektyw malując piękno kobiecego ciała. Niezależnie od tego ile straciłem sił, godzin nieprzespanych nocy z powodu zaległych zdjęć, a także swoich pieniędzy na organizację, wyjazdy, wizażystki, szkolenia fotograficzne… Po prostu to lubię… Nie robiłem tego dla pieniędzy, nie stać mnie na wymianę aparatu na lepszy model, ale robię to dla siebie, bo lubię, dla pasji.

Z biegiem czasu jednak czuję się coraz bardziej zmęczony tą swoją pasją. Doszedłem do wniosku, że spróbuję odkopać stare zdjęcia, zrealizować duże, odważne sesje plenerowe z udziałem wizażystek, które mają abstrakcyjne pomysły oraz zrobić swoją pierwszą wystawę osiągnięć… Ubolewam, że ponad 20 lat temu mój ojciec porzucił wszystko co było związane z pasją. Jego umiejętności już dawno się zatarły i pozostały jedynie pamiątkowe zdjęcia. Jeżeli nie znajdę motywacji i nie będę miał okazji na zmianę swojego sprzętu, to czas ustąpić innym i pójść w niepamięć, tak samo jak zrobił mój ojciec…

IMG_2014_04_02_12_45_53_7915w

IMG_2014_04_02_12_46_30_7917w

Autor: Luc Chives

Wybredny i wredny pasjonat fotografii, miłośnik otaczającego piękna malowanego światłem, lubiący uchwycić emocjonujące chwile. A także podróżnik i miłośnik urbex'u. Nie są mu obce koncerty, festiwale, mroczne, opuszczone miejsca i zagraniczne wojaże, które mają coś wspólnego z ciekawą, zapomnianą historią...

Udostępnij ten post